na dobranoc. albo po prostu na brzydki czwartek.

pewien śpiewak operowy, już od rana miał ból głowy.

pewien śpiewak operowy, już od rana miał ból głowy.
człapał smutny po mieszkaniu, nawet załkał przy śniadaniu.



przy obiedzie rzekł do żony, że w operze jest skończony.
- nie zaśpiewam już na scenie, takie mam postanowienie!

żona ręce załamała, męża śpiew wprost uwielbiała.
- to dla fanów będzie cios, dla nich wszystkim jest twój głos.

śpiewak smutną zrobił minę. – wezmę się za pantomimę.
w nocy straszny miałem sen, gorszy niż tysiące hien.

koszmar pięknie się malował, w lesie śpiewak spacerował.
wąchał kwiaty, jadł jagody, rządny nocnej był przygody.

spotkać zwierza chciał dzikiego . -pokaż no tu się kolego!
szukał chyba trzy godziny. – czy to las jest bez zwierzyny?

-gdyby trafił się choć bóbr! – na te słowa podszedł żubr.
wielki niczym góra siana. – pan mnie wołał, proszę pana?

żubr, bo gapa, sypnął piachem, śpiewak ugiął się pod strachem.
krzyczał, skarżył się na los, wtedy właśnie zgubił głos.

podział tenor swój głęboki, świadczyć mogą o tym sroki.
kiedy lasem gnał nad ranem, piszczał cienkim już sopranem!

- obudziłem się w rozpaczy, mój talencik nic nie znaczy!
moja żono, co za cios, zgubić operowy głos!

żona szepcze mu na uszko – chyba leży pod poduszką.
i jak tylko mogą wróżki, głos oddaje spod poduszki.

nie ma teraz śpiewak czasu, by do żubra wpaść do lasu.
każdej nocy, po kolacji, śpiewa w swojej już tonacji.
Trwa ładowanie komentarzy...