bura kasza

momenty ekstremalnej uczciwości z sobą samym zdarzają mu się jedynie w nocy. budzi się wtedy zlany potem, dręczony pytaniem: jak? jak to się stało, że każdego cholernego dnia staje na balkonie, w swojej za małej, poplamionej moczem piżamie i krzyczy „ja –ro-sław polskę zbaw!”

odpowiedź przecież musi w nim być. gdzieś zasypana śmieciami wypełniającymi jego głowę, serce, żołądek i żyły. jak to się stało, że całymi dniami żyje historią pozbawioną jakiś namacalnych korzeni. bez kotwicy, uchwytów, bez niczego, co pozwoliłoby wierzyć, że można się zatrzymać, tu, gdzie się jest, poczuć to, co się czuje, wyrzygać to wszystko do dna i iść spać, a potem po prostu obudzić się tym człowiekiem, którym się miało być, którego się po sobie samym spodziewało.

na początku była matka. to od nich się wszystko zaczyna i na nich się kończy. ta jego, zawsze była stara. taki żart od losu. upchnięty w to stare ciało podobno miał się z niego nie wydostać żywy. całe życie słyszał, że miał się urodzić martwy. matka mówiła „ miałeś być martwy”, jakby mówiła: podaj sól, albo będzie padało. całą istotę macierzyństwa zawierała w tym jednym zdaniu i nigdy nie wiedział, jaka jest puenta. potem jest jakaś szara taśma śniadań, obiadów, śmietankowych deserów z kożuchem, piosenek na każdy temat, zębów w szklankach, tykających zegarów i włosów w wannie. nic z tego nie układa się w żadną sensowną całość. matka sama teraz żyje martwym życiem i trudno doszukiwać się w niej odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie.

ojciec był zawsze na czas. kto rano wstaje, czas to pieniądz, ale już późno, pięć po, za kwadrans, na ułamek sekundy i co do niej. umarł, zanim zdążył się zmieć, oczywiście w samo południe, co bolało jeszcze bardziej. wszyscy mówili, że matka bez ojca nie da rady, kwestia dni, że jak tak się kocha, to serce nie wytrzymuje, pęka z bólu. minęło niemal siedem lat i nic. trwa. nie zostawiła mu, jedynemu dziecku, mieszkania, uzbieranych przez życie klamotów, wolnej ręki , spokoju i pola do popisu. uparcie trzyma się życia, łykając śmierdzące pastylki na wszystko, co tylko się da. zjada je, nimi je popija i popychając palcem zaczyna od początku. jest nimi wypełniona, z nich zbudowana, grzechoczą, jak się porusza, choćby tylko kiwnęła palcem. żyje. nigdzie nie wychodzi, wszystko robi z niczego, o niczym z nikim rozprawia godzinami. mama. podobno w ostatniej chwili życia woła się właśnie ją.



mieszkanie jest jasne i duże. a przynajmniej takie było i takie będzie, niech tylko ten koszmar się skończy. teraz przypomina rekwizytornię, magazyn przedmiotów zastępowanych następnymi, ale z jakiegoś powodu nie do wyrzucenia. to mieszkanie to jedyny stały punkt w jego życiu. własnościowe, tanie w utrzymaniu na tyle, że starcza z emerytury matki. to nie tak, że on na matki garnuszku jest od zawsze. miał pracę, robił karierę, delegacje, kolacje i dyrektorska tabliczka na drzwiach. sekretarka, premie, samochód, konto w banku i drobne dla biedaków. tak było, a teraz tak nie jest. teraz jest codziennie bura kasza. podobno pożywna, ale to bez znaczenia, bez znaczenia jest również jej smak, bo zmysł stracił kilka lat temu, matka mówi, że przez stres. no to po co gotować i jeść, jak człowiek, on przecież tylko żre tę burą kaszę, jak świnia.

świnią nazywa go była żona, była córka i byłe kochanki. jaki ten świat niesprawiedliwy, teraz wszystkie trąbią o wolności macicy, o aborcji, o samorozwoju, życiowym biegu a jemu trafiła się taka, co chciała mieć poukładane. poukładany domek, w którym na równie ułożonym prześcieradle on układa się na niej i staje się cud. stała się córka. mała dziewczynka. zwykły człowiek, a nie żaden cud. powtarzalny, przyziemny, niesamodzielny i nudny. odszedł. nie do kogoś, tylko od nich. uciekł, wydostał się z pułapki by żyć. czerpać garściami, brylować, być w centrum wszechświata i za nic nie płacić wysokiej ceny. uzależniony od niezależności nigdy nie żałował swojej decyzji.

w dniu czterdziestych urodzin zmartwychwstał. po latach prawdziwego życia, bez zobowiązań i bez skrupułów umarł na kilka sekund. zawał zwalił go z nóg i zapalił światło w tunelu. dwie operacje, miesiące rehabilitacji, ból przy każdym ruchu, słowie, jedzeniu i wydalaniu. ale żył. stracił tabliczkę na drzwiach, sekretarkę, konto i nawet te drobne dla biedaków. ale żył. stracił kochanki, niezależność i lożę w centrum wydarzeń. zamieszkał z matką w swoim starym pokoju. zbiera wycinki z gazet, nie na jakiś konkretny temat, zbiera wszystkie, wycina ile się da, tak, żeby zmarnować jak najmniej. dziś wyjątkowo źle poszło i teraz gryzie nerwowo paznokcie. świat spada mu na głowę, oddech się spłyca. szurając kapciami, obijając się o meblościankę w ostatnim momencie ucieka nicości na balkon i krzyczy.

przecież musi być wytłumaczenie, dlaczego ktoś taki, jak on staje codziennie, na balkonie w swojej za małej, poplamionej moczem piżamie i woła „ja-ro-sław polskę zbaw!”. za dwie godziny wstanie, zje burą kaszę i będzie człowiekiem, którego nigdy by się po sobie nie spodziewał.
Trwa ładowanie komentarzy...