akt

leży w szufladzie. biały, cienki papier, opowiadający nową historię starych ścian. laserowy wydruk faktów. bez zbędnych słów. bez rodzinnych dialogów, anegdot i wspomnień. bez wyjaśnień, kto stoi za imionami i nazwiskami.

zbiór liter, a nie kobieta bez pamięci, pytająca stale: co? gdzie? kiedy?
prężne znaki na przekór jego wadliwym zastawkom, bajpasom i zmęczeniu życiem z kobietą, która stała się nieporadnym starcem.
na końcu dane tej, której darowali. tej samej, która coraz częściej boi się, że starci.
warszawski adres, mieszkanie z oknami na zachód. za chwilę opustoszeje, bo starość rządzi się swoimi prawami. bo ona nie pamięta już, gdzie stoją filiżanki, ani że wstawiła wodę na herbatę. znikną ich obrazy, lampy i pożółkłe książki, bo życie powoli zatacza koło. on, zupełnie jak dziecko potrzebuje popołudniowej drzemki. najchętniej drzemie całe dnie.
zamkną drzwi i ostatni raz przekręcą w nich klucz. o czym myśli się przekręcając klucz po raz ostatni? ostatni po czterdziestu dziewięciu latach. może wspomina się swoją młodość. ważne decyzje albo tańce na kuchennym stole. może myśli się o nieprzespanych nocach, przegadanych do białego rana: o tym, co w czasie wojny, albo o książce, która nie daje spokoju, o kolejnym remoncie, pomarańczach, pracy i dziewczynce, która właściwie obca, a przecież wnuczka. może przywołuje się rodzinne spotkania. stół, przy którym zasiadali do wigilijnej kolacji. bez niej, tej obcej przez lata dziewczynki, która wyrosła na wnuczkę . tej, której oddali mieszkanie, bo młodość potrzebuje metrażu.
Trwa ładowanie komentarzy...